Trzech braci, trzy kraje, jedno marzenie — odkryć Amerykę!

Opublikowano 2018-03-30 06:03:03


Cel podróży? Odkryć Amerykę!

Zdarzyło się Wam kiedyś marzyć o czymś tak bardzo, że realizacja tego celu zaczęła się stawać Waszą obsesją? Dla mnie jednym z takich marzeń było odbycie podróży przez kilka krajów Ameryki Południowej i zakończenie jej w Stanach Zjednoczonych. Mam to szczęście, że moim dwóm braciom zaświtał w głowie podobny pomysł. Szybka narada rodzinna, ułożenie budżetu i męska decyzja: jedziemy! Dla każdego z nas była to podróż życia, a ponieważ lubię się dzielić dobrymi rzeczami z innymi, postanowiłem stworzyć relację z tego niezapomnianego wyjazdu. Koniec przynudzania. Zabieram Was w podróż do Chile, Peru i niesamowitego Nowego Jorku!


Pierwszy przystanek: Santiago de Chile

Podróż zaczęła się bardzo ciekawie, ponieważ do stolicy Chile każdy z nas leciał osobno. Ja dotarłem na miejsce jako ostatni (3 dni po moich braciach), zaliczając ponad 15 godzin lotu. Rafał i Michał zdążyli wcześniej poznać miasto i jego najważniejsze atrakcje, w tym urokliwe wzgórze Cerro San Cristobal. Dzięki temu mogli wcielić się w rolę braci - przewodników. Nie mieli dużo pracy, ponieważ już następnego dnia po moim przylocie mieliśmy zaplanowany lot do Antofagasty.

Antofagasta to typowe chilijskie miasto portowe, położone w północnej części kraju. Wykorzystaliśmy pobyt w tym ośrodku, żeby zregenerować siły przed dalszą podróżą. Jak się miało okazać, był to bardzo mądry ruch…


10 godzin w autobusie

Antofagasty mieliśmy dostać się do Aricy, miasta na północy Chile, położonego zaledwie 18 kilometrów od granicy z Peru. Plan był prosty: wynajmujemy samochód i spokojnie docieramy na miejsce. Z planami już tak jednak jest, że lubią „brać w łeb”. Tak też było w tym przypadku, bo akurat żadna wypożyczalnia nie miała dostępnych samochodów. Pozostała nam więc podróż autobusem. Pewnie się domyślacie, że to był koszmar. Wynagrodziły nam to jednak piękne widoki linii brzegowej Antofagasty.


10 godzin w ciasnym, rozgrzanym autobusie, bez prowiantu, o ciastku i wodzie (tutaj wielkie dzięki dla życzliwego kierowcy), to niezłe wyzwanie, nawet dla trzech wysportowanych, silnych facetów. Na miejsce dotarliśmy około 23 i od razu udaliśmy się do hotelu. Z tym „od razu” nie ma co przesadzać, bo czekał nas jeszcze półgodzinny spacer w środku nocy, z ciężkimi plecakami trekkingowymi. No ale w końcu przywitały nas w miarę wygodne łóżka. Sen trochę pomógł zregenerować siły. 

Następnego dnia zaplanowaliśmy krótkie zwiedzanie Aricy. Zaopatrzyliśmy się w lokalnym supermarkecie (ciekawostka: sprzedawczyni przyjmowała tylko nowe lub bardzo zadbane dolary, pomiętych nie chciała widzieć) i udaliśmy się na wzgórze Morro de Arica.


Następnie ruszyliśmy do punktu, w którym poprzedniego wieczora wysiedliśmy z autobusu. Zaczepił nas mężczyzna i zaoferował transport przez granicę z Peru. Ustaliliśmy warunki i ruszyliśmy w drogę. Nie ukrywam – trochę było nam żal opuszczać Chile, bo osobiście miałem wrażenie, że zaledwie zdążyłem posmakować tego kraju. Nie ma jednak tego złego: zyskałem kolejny podróżniczy cel na przyszłość!


Czy ja widzę podwójnie?!

Podczas przekraczania granicy spotkała nas bardzo zabawna przygoda. Nie wspomniałem o tym wcześniej, ale jeden z braci jest moim bliźniakiem. Fizycznie jesteśmy niemal identyczni. Gdy wręczyliśmy paszporty kierowcy, był on przez moment przekonany, że daliśmy mu dwa takie same dokumenty. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że jednak nie widzi podwójnie.


Sama procedura przekraczania granicy chilijsko - peruwiańskiej była bardzo czasochłonna, ponieważ pogranicznicy skrupulatnie sprawdzają wszystkie samochody. W końcu się udało i mogliśmy dojechać do miasta Tacna: naszego pierwszego przystanku w Peru. 


Przygoda z kartami

Tacnie nie obyło się bez nerwowej sytuacji. Nie zatrzymywaliśmy się w tym mieście, ponieważ miejscem docelowym była Arequipa. Zamierzaliśmy dostać się tam autokarem, ale pech chciał, że aby przejść na dworzec trzeba było zapłacić 2 sole (peruwiańska waluta). Akurat żaden z nas nie miał przy sobie takiej kwoty, a bankomat odrzucił wszystkie karty. Czas nas gonił. Ostatnia deska ratunku: karta firmowa ViaCamp. Ta na szczęście zadziałała. Uff, możemy jechać. 


Podróż, jak się pewnie domyślacie, nie miała nic wspólnego z komfortem. Piętrowy autokar był nagrzany niczym piekarnik. Zero klimatyzacji, jedynie delikatne ruchy powietrza i to tylko w czasie jazdy. Ratunkiem byli Peruwiańczycy, którzy podczas przystanków sprzedawali wodę i słodycze. 

Do Arequipy dotarliśmy około 23 i od razu wzbudziliśmy niemałą sensację. Trzech blondynów na tle wyglądających niemal identycznie Peruwiańczyków musiało zrobić wrażenie. W końcu dostaliśmy się do hotelu. Rano czekała nas dalsza część podróży, tym razem podniebna. Znów jednak nie obyło się bez przygód…


Lecimy? Nie tak szybko!

Arequipy mieliśmy lot do Cusco. Na lotnisku okazało się jednak, że Rafał nie ma biletu Peruvian Airlines. Udało mu się kupić bilet na lot liniami LATAM Airlines. Wsiadł na pokład godzinę wcześniej niż my. Mieliśmy się spotkać na miejscu. Lot liniami Peruvian Airlines co chwilę był opóźniany o następne minuty. Na lotnisku utworzyło się zamieszanie. Nagle komunikat. Lot Peruvian Airlines do Cusco został odwołany. Co robić?


Jako że czas nas gonił niemiłosiernie, bez dłuższego zastanawiania poszliśmy drogą wyznaczoną przez Rafała i kupiliśmy bilety LATAM Airlines. Nie był to jednak lot bezpośredni i czekała nas przesiadka w Limie. Przez to do Cusco dotarliśmy dopiero wieczorem. I tak jesteśmy wdzięczni liniom LATAM Airlines, ponieważ niejako uratowały one nasz plan podróży. Ta sytuacja nauczyła nas, że nie zawsze najtaniej znaczy najlepiej.



Każdy krok jak wspinaczka 

Cusco. Jedno z najwyżej położonych miast świata, znajdujące się na wysokości 3326 m n.p.m. To dawało się we znaki. Wystarczył krótki spacer, abyśmy całkowicie stracili siły. Do takiej wysokości trzeba się przyzwyczaić, a to nie jest łatwe dla przybyszów z nizin. Po przyjeździe na miejsce zameldowaliśmy się w hostelu Loki, który możemy z czystym sumieniem polecić. 

Cel przybycia do Cusco był prosty. Mieliśmy zobaczyć jeden z najwspanialszych cudów świata, czyli słynne Machu Picchu. Dotarcie do prastarego miasta może być albo drogie, albo trudne. Już tłumaczę, na czym dokładnie polega różnica. 

Punktem wypadowym do Machu Picchu jest miasteczko Aguas Calientes. Dotrzeć do niego można we własnym zakresie, co zajmuje mnóstwo czasu i na tej wysokości jest bardzo męczące. My zdecydowaliśmy się na opcję droższą, ale o wiele wygodniejszą. Za około 150 dolarów można skorzystać z pociągu Peru Rail. Polecamy to rozwiązanie, bo naprawdę jest znacznie bezpieczniejsze i bardziej komfortowe. Szkoda szargać sobie nerwy podczas podróży życia, prawda?


Wypad na Machu Picchu mieliśmy zaplanowany dopiero kolejnego dnia. Postanowiliśmy więc skorzystać z uroków nocnego życia Cusco. Impreza nie mogła się jednak zbytnio przeciągnąć, ponieważ już o 10 rano przyjechał po nas bus, którym dojechaliśmy na dworzec kolejowy. 

Po około dwóch godzinach podziwiania fantastycznych górskich widoków, wreszcie dotarliśmy do Aguas Calientes. Bajka. Miasteczko jest tak urokliwe, że naprawdę zachęcam Was do obejrzenia go sobie na mapach Google. To zupełnie inny świat. Ma się wrażenie, że miejscowość jest całkowicie odcięta od cywilizacji.


Aguas Calientes mieliśmy zarezerwowany hotel. Charakterystyczne dla miasteczka jest to, że fundamentem transportu jest tam kolej. Praktycznie nie ma samochodów. W hotelu szybka drzemka, później przepierka ubrań i to, co było nam teraz bardzo potrzebne: masaż. Wyrwana godzina z naszej podróży, w której naprawdę mogliśmy się zrelaksować. Po powrocie do hotelu poszliśmy spać, bo o 4 rano czekała nas dalsza część podróży, a konkretnie wspinaczka na Machu Picchu. Na górę najlepiej jest dotrzeć wcześnie rano, wówczas widoki są wspaniałe i nie jest jeszcze tak tłoczno. 


Warto było się mordować 

Wejście na Machu Picchu to nie jest błahostka. Na takiej wysokości każdy krok stanowi ogromny wysiłek, a nogi są tak ciężkie, jakby były zabetonowane. Dodatkowo doskwierał mi ból kolana. Wspinaczka zajęła nam około 2 godziny. To była mordęga, jednak widoki w 100% nam ją wynagrodziły. Machu Picchu zachwyca i na zawsze zostanie w naszych wspomnieniach.

Wynajęliśmy przewodnika i spędziliśmy w dawnym mieście Inków około 4 godziny. Oczywiście zrobiliśmy też sobie zdjęcia w koszulkach ViaCamp, ze specjalną dedykacją dla naszych obozowiczów!



Postanowiliśmy ułatwić sobie powrót i skorzystaliśmy z opcji transportu busem. To był dobry wybór, bo po około kwadransie byliśmy już w Aguas Calientes. Po krótkiej wizycie na basenach tropikalnych i zjedzeniu obiadu, udaliśmy się na dworzec kolejowy, skąd liniami Peru Rail wróciliśmy do Cusco.


Ach, te Peruwianki… 

Trzech facetów z Europy zwiedzających Peru. Nie myśleliście chyba, że odpuścimy sobie małe imprezowanie? W Cusco jest w czym wybierać, dlatego ostatni wieczór w tym mieście spędziliśmy w jednym z klubów, w którym poznaliśmy przemiłe i wyjątkowo urodziwe Peruwianki. Do dziś utrzymujemy z nimi kontakt! Tak oto skończyła się nasza przygoda w jednym z siedmiu cudów świata. Czas pożegnać się z Cusco i przenieść się do Limy.


Stolica Peru była ostatnim przystankiem w tym kraju. Dotarliśmy tam samolotem i postanowiliśmy, że oddamy się totalnemu relaksowi. Oczywiście cel był prosty: impreza! Wybraliśmy jeden z najmodniejszych klubów w stolicy, do którego wstęp kosztował aż 100 soli. Było warto! Świetną zabawę zwieńczyło poznanie przepięknych Peruwianek, które nazajutrz wcieliły się w rolę naszych przewodniczek po mieście.


Ostatni dzień w Limie spędziliśmy na plaży, gdzie mieliśmy okazję zapoznać się z kolejnymi Peruwiankami. Za pośrednictwem barmana zaprosiły nas na wieczornego drinka, ale niestety musieliśmy odmówić, ponieważ wieczorem mieliśmy już lot do Stanów. Może następnym razem?


Pożegnanie z Peru było niesamowicie bolesne. Ten kraj nas zafascynował do tego stopnia, że mieliśmy nawet pomysł, by skrócić pobyt w Nowym Jorku i poświęcić więcej czasu na zwiedzanie Limy. Ostatecznie jednak postanowiliśmy trzymać się planu. Tak więc wieczorem stawiliśmy się na lotnisku, gdzie czekał na nas samolot do miasta, w którym nigdy nie widać gwiazd. 


I wanna be a part of it. New York, New York 

Po długim locie z międzylądowaniem w Miami w końcu dotarliśmy do Nowego Jorku. Przeżyliśmy szok temperaturowy, ponieważ z południowoamerykańskiego upału trafiliśmy prosto do zimowego klimatu. No ale to przecież stolica świata, najwspanialsze miasto na naszej planecie. Nie ma mowy o marudzeniu!


Pierwszym etapem naszej wizyty w Nowym Jorku było zjedzenie kolacji w polskiej restauracji na Green Poincie. Siła przyzwyczajenia robi swoje: bardzo brakowało nam rodzimego jedzenia, dlatego meldowaliśmy się w tej restauracji każdego dnia podczas amerykańskiej części wyprawy.


Zwiedzanie Nowego Jorku było raczej standardowe. Odwiedziliśmy miejsca, które znajdują się na każdej liście tzw. „must see”. Czyli: Times Square, Central Park, muzeum World Trade Center (gorąco polecamy!), Wall Street (oczywiście z obowiązkowym zdjęciem przy słynnym Charging Bull, symbolu podniesienia się Ameryki po krachu giełdowym w 1987 roku), Statua Wolności. Wszędzie robiliśmy mnóstwo zdjęć, ze specjalną dedykacją dla obozowiczów ViaCamp.



Co zrobić, trzeba wracać…

Kilkudniowy pobyt w Nowym Jorku szybko dobiegł końca. Ostatniego dnia wieczorem zameldowaliśmy się na lotnisku JFK, skąd każdy z nas miał lot różnymi liniami. Ja leciałem do Londynu, Michał do Kopenhagi, Rafał natomiast do Amsterdamu. Ostatecznie i tak stawiliśmy się prawie o tym samym czasie w Warszawie. Nasz wymarzony trip oficjalnie dobiegł końca.


To była wspaniała podróż przez dwa kontynenty. Pokonaliśmy tysiące kilometrów, zaliczyliśmy kilka stref czasowych i klimatycznych, widzieliśmy miejsca, o których wiele osób pewnie nawet nie słyszało. Właśnie tak się spełnia marzenia. I do tego gorąco zachęcam także Was!

Jestem przekonany, że ta relacja będzie dla Was motywacją do tego, by przestać podróżować tylko palcem po mapie. Zwiedzanie świata jest najlepszą formą nauki języków, sposobem na nawiązanie międzynarodowych znajomości i poszerzenie swoich horyzontów. Przede wszystkim jest to fantastyczna pasja, która wciąga i może stać się sposobem na życie. Nie trzeba wcale jechać od razu do Chile, Peru czy USA. Przepięknie miejsca są znacznie bliżej. Wystarczy tylko zrobić ten pierwszy krok. 

Tego Wam życzę i cieszę się, że mogłem się z Wami podzielić opowieścią o realizacji mojego wielkiego marzenia. Jak widzicie: można wszystko. Trzeba tylko bardzo chcieć! 

Robert Truszkowski.


Polub nas!

Klikając w poniższy przycisk, dokładasz kolejną cegiełkę do budowy naszego bloga.