Odkrywcy Przygód na Antypodach! Relacja z pobytu ViaCamp w Australii

Opublikowano 2019-02-27 17:13:29

Witajcie ponownie! Tym razem zabieramy Was w bardzo daleką podróż, bo aż do Australii. Ten kontynent i kraj w jednym był naszym celem od dawna i nareszcie udało się spełnić jedno z moich największych podróżniczych marzeń. Australia fascynuje, momentami dziwi, ale nikogo nie pozostawia obojętnym. Więcej nie zdradzamy: zapraszamy do przeczytania całej relacji!


Skąd ten pomysł?

Decyzji o wybraniu się do Australii nie trzeba jakoś szczególnie uzasadniać. Każda osoba ciekawa świata prędzej czy później zaznaczy ten kierunek na swojej osobistej mapie. W naszym przypadku (moim i mojego brata bliźniaka) dodatkową motywacją była chęć odwiedzenia naszego brata, który od pół roku mieszka w Melbourne. Namówiliśmy rodziców, znaleźliśmy bilety, spakowaliśmy się i nie było już odwrotu. 

Cel był prosty: spędzić w Australii święta Bożego Narodzenia, sylwestra i kilka dni nowego roku. Termin idealny, bo wtedy na Antypodach jest pora letnia, a więc nie trzeba się martwić o pogodę. Podróż odbyliśmy osobno: ja z bratem Rafałem wylecieliśmy do Australii liniami Air China przez Pekin, rodzice natomiast wybrali wygodniejsze połączenie Fly Emirates przez Dubaj. 


Lądujemy w Chinach 

Lot liniami Air China sam w sobie był niezłym przeżyciem. Nigdy wcześniej nie korzystaliśmy z usług tego przewoźnika i zaskoczyło nas, że z Warszawy lecieli z nami praktycznie sami Chińczycy. To jednak było tylko preludium. Prawdziwe zaskoczenia miały dopiero nadejść…


Po wylądowaniu w Pekinie (lot trwał około 10 godzin) udaliśmy się do okienka, w którym urzędnicy wydają 24-godzinne wizy tranzytowe. Mieliśmy bardzo długą przesiadkę, a szkoda byłoby tracić czas siedząc na lotnisku czy w hotelu. Postanowiliśmy więc zwiedzić część Pekinu. Niestety, nie obyło się bez problemów. Chińczycy mają bzika na punkcie bezpieczeństwa, a do tego znajomość języka angielskiego – nawet wśród pracowników lotniska! – nie jest powszechna. Stąd uzyskanie wizy zajęło nam około 2 godziny.

W końcu mogliśmy opuścić lotnisko i udać się do zarezerwowanego wcześniej hotelu. Myślicie, że poszło gładko? Nic z tych rzeczy. Chiny nie są krajem w pełni przyjaznym turystom. Nie dość, że są ogromne problemy z dostępem do Internetu (nie działają popularne w Europie aplikacje, jak chociażby Messenger, Uber, czy Snapchat), to jeszcze trudno się z kimkolwiek dogadać po angielsku. Zmuszeni byliśmy przedostać się do hotelu za pomocą komunikacji miejskiej.


Gdy tylko opuściliśmy lotnisko udaliśmy się do autobusu, który miał nas poprowadzić pod sam hotel. Z pozoru brzmi, jakby to nie było nic trudnego. Nic z tych rzeczy.. Jak tylko weszliśmy do autobusu wiedzieliśmy, że to będzie nie lada wyzwanie. Język angielski w całości odszedł na drugi plan. Wszystkie ulice i przystanki były opisane w języku chińskim. Byliśmy w całości zdani tylko na chińskie znaczki. Znalezienie hotelu było niezłym wyzwaniem (a znajdował się niecałe 15 minut od lotniska), po drodze oczywiście wielokrotnie się zgubiliśmy, ale w końcu się udało. Po pobraniu aplikacji VPN na telefony mogliśmy nareszcie normalnie korzystać z Internetu, choć jego prędkość… powiedzmy, że przypomniały nam się czasy początku Internetu w Polsce.


Na samolot do Australii musieliśmy poczekać jeszcze około 20 godzin, stąd szybka decyzja: odświeżamy się, przebieramy i idziemy zwiedzać. Cel: Zakazane Miasto. Oczywiście dotarcie na miejsce znów zajęło nam mnóstwo czasu, ale gdy już się to udało, nie żałowaliśmy wysiłku. Tradycyjna chińska architektura zrobiła na nas ogromne wrażenie. W zwiedzaniu trochę „przeszkadzali” nam jednak Chińczycy, a zwłaszcza dziewczyny, które koniecznie chciały sobie zrobić z nami zdjęcia – ot, jakbyśmy byli jakimiś atrakcjami turystycznymi (to pewnie przez to, że jesteśmy bliźniakami i rzeczywiście nie sposób nas odróżnić).


Po powrocie do hotelu szybki prysznic i przygotowania do powrotu na lotnisko. Dotarliśmy na nie chińskim odpowiednikiem Ubera – Didi Chuxing. Teraz czekała nas druga, dłuższa część podróży. Przed nami 13-godzinny lot do Melbourne!


Jesteśmy w Australii! 

Pierwsze wrażenie po wylądowaniu? Melbourne jest bardzo zielonym miastem, co od razu się nam spodobało. Humor po męczącej podróży dodatkowo poprawiło nam spotkanie z niewidzianym od pół roku bratem, który czekał na nas na lotnisku. Szybkie przywitanie, wsiadamy do samochodu i jedziemy coś zjeść. Później jeszcze zameldowanie w hostelu i nareszcie można odpocząć…


Następnego dnia, ze świeżym zapasem sił, przenieśliśmy się do naszej docelowej miejscówki, czyli wynajętego apartamentu. Słowo „apartament” jest tu może trochę na wyrost, bo australijski standard mieszkań i domów jednak mocno odbiega od polskiego. Nie ma co wybrzydzać – nie po to pokonaliśmy pół świata!

Tego samego dnia nareszcie dołączyli do nas rodzice i już w komplecie mogliśmy zabrać się za to, co podróżnicy lubią najbardziej: poznawanie nowej kultury i zwiedzanie. Nie zabrakło też oczywiście imprezowania.

Następnego dnia moi dwaj bracia wybrali się na lot helikopterem nad Melbourne. Dla mnie zabrakło miejsca, ale wkrótce to sobie odbiję. Wraz z tatą wykorzystałem wolny czas na naprawienie drzwi w samochodzie brata. Z mamą wybraliśmy się natomiast do ogromnego centrum handlowego. 


23 grudnia, dzień przed Wigilią, postanowiliśmy naładować baterie. Było leniwie, nie zabrakło leżenia na plaży, a wieczorem wybraliśmy się na Latino Party. Jeśli czytaliście naszą relację z wyprawy do Ameryki Południowej, to wiecie, jak uwielbiamy latynoskie klimaty. 

Dzień wiligii Bożego Narodzenia! Od samego rana ruszyliśmy z przygotowaniami. Mój starszy brat zadbał o to, aby na stole znalazły się tradycyjne, wigilijne potrawy. Wigilię spędziliśmy również na plaży. Uwierzcie, było to bardzo ciekawe doświadczenie dla Polaków przyzwyczajonych do siedzenia przy suto zastawionym stole. Pogoda była wybitnie nieświąteczna (35 stopni), ale żeby choć trochę poczuć bożonarodzeniowy klimat, „ulepiliśmy” bałwana z piasku. Zdradzę też, że słuchanie „Last Christmas”, gdy na dworze upał, a dookoła palmy, to naprawdę surrealistyczne uczucie. 


Pierwszy dzień świąt to wyprawa rowerowa do centrum Melbourne i niespieszne zwiedzanie miasta. Warunki pogodowe dopisały nam w 100%. 26 grudnia wybraliśmy się do Ballarat Wildlife Park. Świetne miejsce, masa wrażeń, niepowtarzalna możliwość nakarmienia symbolu Australii, czyli oczywiście kangurów. Mieliśmy również możliwość obejrzenia z bliska krokodyli, aligatorów, czy słodko śpiące koale. Na koniec zwiedzania opatrzyliśmy się w wiele pamiątek w lokalnym sklepie z gadżetami. Ten dzień na pewno zapamiętamy na długo.



Czas na Sydney!

Pobyt w Melbourne szybko dobiegł końca, ale wcale nas to nie zmartwiło. W końcu mieliśmy przed sobą kolejny cel. Tym razem było to największe miasto Antypodów, czyli Sydney. Postanowiliśmy dojechać do niego samochodem, co samo w sobie jest już niezłą przygodą. Wybór był jednak słuszny, ponieważ zyskaliśmy możliwość zwiedzenia kolejnych ciekawych miejsc. Czekała nas długa i męcząca droga, ale takie okazję nie trafiają się za często, więc.. jedziemy!

Pierwszy przystanek: wyspa Phillip Island w cieśninie Bassa. Jest to wyspa w stanie Wiktoria, położona na południowy wschód od Melbourne.Trudno opisać te zapierające dech widoki. Jest to jeden z tych momentów, kiedy mówisz sobie: tak, było warto umęczyć się w podróży, aby coś takiego zobaczyć. Oczywiście podczas całej podróży spotykaliśmy masę kangurów. Po drodze zwiedziliśmy jeszcze miasteczka Narooma oraz Batemans Bay. Podczas całej podróży towarzyszyły nam piękne widoki pełne zieleni. Coraz mocniej ciągnęło nas jednak do Sydney.


Wreszcie: jest! 30 grudnia dotarliśmy do Sydney, które przywitało nas fantastyczną pogodą. Miasto to już na samym wjeździe robiło na nas nieziemskie wrażenie! Największe atrakcje miały jednak dopiero nadejść…


Sylwester w Sydney? Tak się spełnia marzenia!

Sydney kojarzy się oczywiście z jedną z największych imprez sylwestrowych na świecie. Wszystkie serwisy informacyjne co roku raczą widzów zdjęciami z pokazu fajerwerków w okolicy słynnego budynku opery. Nie mogliśmy oczywiście tego przegapić. Niejako po drodze na miejsce imprezy wstąpiliśmy jeszcze do baru w centrum Sydney, gdzie zostawiliśmy banknot 20-złotowy. Został on od razu przypięty do specjalnej tablicy z walutami różnych państw – spełniliśmy więc obywatelski obowiązek promowania kraju za granicą!


W końcu dotarliśmy na Sydney Harbour Bridge, aby spełnić kolejne z naszych podróżniczych marzeń i na żywo obejrzeć fantastyczny pokaz fajerwerków. Nie zawiedliśmy się. 15-minutowy spektakl zrobił na nas ogromne wrażenie. Bez wątpienia możemy uznać, że był to jeden z najbardziej udanych, a już na pewno najbardziej egzotycznych sylwestrów w naszym życiu!



Zwiedzamy Sydney i… leniuchujemy

Nowy Rok w Australii przywitał nas znakomitą, choć upalną pogodą. Kolejne dni spędziliśmy więc głównie na realizacji maksymy carpe diem. Plażowanie na słynnej Bondi Beach, pierwsze próby surfingu (polecamy każdemu, świetna zabawa!), imprezowanie i zwiedzanie najważniejszych atrakcji miasta.

Pamiętacie, jak wspominałem, że zabrakło dla mnie miejsca na lot helikopterem nad Melbourne? W Sydney musiałem to sobie odbić! Możliwość zobaczenia tego fascynującego miasta z lotu ptaka była czymś, czego nie zapomnę do końca życia. Te pół godziny w powietrzu traktuję jako – cytując klasyka – „truskawkę na torcie” mojego pobytu w Australii.

Widzieliśmy Sydney Opera House z lotu ptaka, natomiast musiałem również zobaczyć ją z bliska. Zaraz po tym jak wylądowaliśmy, udaliśmy się zatem pod samą operę. Dla przypomnienia, ten słynny budynek w stylu nowoczesnego ekspresjonizmu, w 2007 roku został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.


Nie mogę zapomnieć o jeszcze jednym! 4 stycznia mieliśmy wyjątkowy dzień, bo nasza mama skończyła 50 lat. Tylko pozazdrościć! Każdemu życzę imprezy urodzinowej w takich okolicznościach przyrody!


Ostatni przystanek.. Gold Coast!

W końcu przyszedł czas, aby opuścić Sydney. To miejsce zafascynowało nas na tyle, że pożegnanie się z nim było niesamowicie bolesne. Niestety plan podróży w tym momencie nie miał dla nas litości. Naszym ostatnim miejscem docelowym był Gold Coast. Podróżując po wschodnim wybrzeżu Australii odwiedziliśmy jeszcze wiele przeróżnych miejsc, które zrobiły na nas duże wrażenie. Podziwialiśmy piękne widoki w Palm Beach, po raz pierwszy sprawdziłem swoje umiejętności surfingowe oraz odwiedziliśmy stolicę światowego surfingu – Byron Bay.


W końcu po dwudniowej podróży dotarliśmy do naszego miejsca celowego – Gold Coast. Na pierwsze wrażenie miasto to bardzo kojarzyło mi się z Miami. W zasadzie dla mnie i mojego brata był to pierwszy i ostatni dzień w tym miejscu, bo już następnego dnia czekała nas długa podróż powrotna.



Pora wracać…

Szkoda żegnać Australię, ale nie ma wyjścia. W tym momencie niestety ujawniają się wszystkie „minusy” Antypodów. Podróż do domu zajmie nam kilka dni. Przez Brisbane, Melbourne, Pekin (znów z bardzo długą przesiadką) aż do Warszawy. Na szczęście zdążyliśmy naładować baterie. W Chinach oczywiście nie obyło się bez niespodzianek, bo w Pekinie wylądowaliśmy o 4 rano, a zarezerwowany hotel meldował gości dopiero od 10… Co zrobić, trzeba było poszukać czegoś innego. Udało nam się znaleźć hotel blisko lotniska, gdzie wynajęliśmy pokój na kilka godzin za równowartość 200 złotych.


Sam lot do Warszawy minął nam dość szybko, bo praktycznie połowę czasu przespaliśmy. Ze stolicy trzeba było jeszcze dostać się do Trójmiasta. Nie mogło być zbyt łatwo, dlatego pociąg był opóźniony o 2 godziny – ostatecznie udało mi się złapać pociąg po godzinie czekania na dworcu i szczęśliwie dojechałem do Gdyni. I pomyśleć, że ledwie kilka dni wcześniej byłem na drugim końcu świata…


Podsumowanie

Kto dotarł do tego miejsca, ten nie będzie zaskoczony, że wyjazd do Australii zaliczamy na OGROMNY plus. To była świetna wyprawa, z masą przygód po drodze i już na miejscu. Spełniliśmy kolejne marzenie, przekonaliśmy się, dlaczego Australia fascynuje tak wielu podróżników i możemy potwierdzić, że warto tam pojechać.


Wszystkim, którzy przeczytali tę relację z duszą na ramieniu, bo myślą, że nigdy nie będą mieli okazji zaliczyć takiej wyprawy, powiem jedno: nie warto odkładać marzeń na później! Podróżowanie to najlepsza forma doświadczania świata, innych kultur, poszerzania horyzontów, szlifowania języka i pokonywania własnych słabości. Nie musicie przecież od razu lecieć do Australii. Fascynujące miejsca są znacznie bliżej, także w Polsce. Wystarczy tylko w końcu się odważyć – i przy odrobinie kreatywności wcale nie trzeba mieć grubego portfela. 

Tymczasem ja już planuję kolejny wyjazd. Tym razem celem jest Tajlandia. Relacja z tej podróży oczywiście pojawi się na blogu ViaCamp! 


Polub nas!

Klikając w poniższy przycisk, dokładasz kolejną cegiełkę do budowy naszego bloga.